No weather information available
Top

Sztuka przetrwania… na emigracji

„Najgorszy jest pierwszy rok” – tak powiedziała mi Ania, która spędziła w Stambule 4 lata, kiedy ze łzami w oczach i drżącą brodą zrzuciłam z siebie konieczność bycia dzielną.

Było to już dawno temu, ale zapamiętałam to zdanie bardzo głośno i wyraźnie, bo od tego czasu powtórzyłam je przynajmniej 10 razy innym duszom, które zderzenie z rzeczywistością przyjęły prosto na klatę. A raczej na biust. Mężczyźni nie mają chwil słabości. Albo nie zwierzają się słabej płci, bo my mało konkretne i zamiast szukać rozwiązania częściej szukamy po prostu pocieszenia.

Kiedy już przetrwamy salwę rodzicielskich rozterek (tak, młodzi dorośli – Was też będzie to dotyczyć) i z mnóstwem planów i nadziei, słońcem w walizce i miłością w sercu wyruszymy w dal, by stać się obywatelem świata – spotka Was wiele. Ale na pewno nie tego, co sobie wyobrażacie.

Trochę mojego zaplecza, retrospekcja dla tych, którzy dopiero tu trafili.

W 2012 roku przeprowadziłam się z Warszawy do Stambułu. Za mężczyzną. Porzuciłam świetną, rozwojową pracę, którą kochałam i byłam już tak wprawiona, że wszelkie stresy związane z niewiedzą i nauką zastępowała czysta przyjemność z codziennych obowiązków. W firmie, w której spędziłam prawie 7 lat.

Pracę w zawodzie, który wybrałam bez świadomości, że kiedyś przyjdzie mi do głowy wyjechać znad Wisły, a której poza Polską nie będę mogła kontynuować. A jeśli już, to czekałoby mnie bardzo poważne przebranżowienie się. Cała edukacja, inwestycja i czas poszły w pizdu, hokus pokus i już.

Porzuciłam zespół, z którym śpiewałam i kolegów, którzy do ostatniej chwili nie wierzyli, że mówię poważnie. A ciężko dalej działać bez wokalu. Pierdut!

Zostawiłam ciężarną siostrę, która z braku posiadania krewnych w Warszawie pozbyła się złudzeń, że może liczyć na moją pomoc.

Opuściłam przyjaciół, moją „rodzinę z wyboru”, którzy niejednokrotnie chcieli przeprowadzać „Interwencję” zainspirowani serialem „Jak poznałem waszą matkę”. Niektórzy taką przeprowadzili. Szkoda, że już nie jesteśmy „przyjaciółmi”.

Zrezygnowałam z bycia finansowo niezależną, ale oczywiście „wiedziałam”, że będę pracować! I to zaraz!

Dla Turka. By z nim mieszkać w jego muzułmańskim kraju. Czy można bardziej postradać zmysły? Tak serio, no czy można?

Jak widać – presja była ogromna. Nie chcę mówić, że chciałam coś komuś udowadniać, bo to nie jest sexy. Ale jara mnie robienie rzeczy pod prąd. I niekoniecznie chciałam, by moje wybory, które były zupełnym irracjonalizmem z mojej strony, przykleiły mi na zawsze przydomek „głupia” i „naiwna”.

A jak się czegoś bardzo chce to znajdzie się powody, motywację, usprawiedliwienie i masę optymizmu do jego realizacji.

Mówiąc krótko – to się MUSIAŁO mi udać.

2 lata później spakowaliśmy walizki i przeprowadziliśmy się razem do Barcelony. I zrobiłam dokładnie to samo po raz drugi !!! No prawie… bo kraj niby łatwiejszy do adaptacji. Sądziłam, że mając bagaż doświadczeń tym razem pójdzie w dechę. Guzik prawda!

Bywało naprawdę bardzo ciężko, ale nie żałowałam. Tak szczerze. Wbrew temu co sądzicie po obejrzeniu moich filmów nie mam idealnego życia – jak każdy mam wiele trosk, wieczorów gdy płaczę do słuchawki, PMSów, nie osiągnęłam jakiegoś wielkiego sukcesu (nie chcę Was z takiego miejsca pouczać) i wciąż nie stoję twardo na ziemi. Ale tego mamy wszyscy na codzień i po dziurki w nosie, więc w Internecie chcę Wam „robić dobrze”.

Prawdą jest natomiast, że mam z tych doświadczeń masę wniosków, które ułatwiają życie, a świadomość trudności pozwala zachować poczytalność. A więc poczytajmy!

1. Najgorszy jest pierwszy rok. Bez względu na to w jak bardzo fajnym będziecie miejscu i z jak najfajniejszych powodów tam będziecie – czasem będzie naprawdę niemiło. I najlepiej o tym wiedzieć, przygotować się na to, zaakceptować i przyjąć z otwartymi ramionami, otwierając temu drzwi zanim zadrynda i powiedzieć „Spodziewałam się Ciebie! Witaj!” Zobaczycie, że się mocno zdziwi.

My, Polki jesteśmy naprawdę bardzo ambitne. Nie zostawiamy sobie miejsca na gorsze samopoczucie, a gdy je mamy – czujemy się winne temu, że je mamy. Nie mówię, żeby od razu popadać w „whatever”, ale to nie wiocha, że myślałyście, że będzie inaczej. (Sorry Panowie, ja wciąż nie czuję, że do Was mówię, czytajcie dalej ukradkiem). Bo zapewniam Was – myślicie inaczej, a będzie inaczej.

Nie mówię też do tych, którzy wyjeżdżają na czas określony: miesiąc, pół roku, rok.. Ograniczenie czasowe i konkretny kres życia poza krajem w magiczny sposób nie wyzbywa nas z poczucia braku innego domu, do którego kiedyś wrócimy. To nie jest emigracja. To Erasmus.

2. Nikt kto tego nie przeżył nie udzieli Wam konstruktywnej krytyki więc nie udawajcie, że wszystko gra, jeśli nie gra, tylko po to, by „udowodnić” komukolwiek (i nawet sobie, przecież Ty też nie wiedziałaś jak to naprawdę będzie), że miałyście rację.

I zapewniam Was, że nikt kto wyemigrował nie ośmieli się Wam powiedzieć: bue, słabeuszka się marze! Bo oni wiedzą. To trochę tak jak z hejtem na Youtubie: nie zhejtuje Was nikt kto jest z natury dobry i kto kiedykolwiek próbował sam zrealizować hollywoodzką produkcję ze swojej głowy kamerką za parę stów i bez statywu.

Albo tak jakby ktoś, kto nie zna angielskiego mówił Wam, że słabo wymawiacie słowo tseknju. Należy kogoś takiego słuchać i przejmować się ich oceną? Tak! <trzask z otwartej w policzek>. NIE!!! I o to chodzi. To Wy jesteście ekspertkami przy takich ludziach!

3. Zrobiłyście dream-plan. „Po przeprowadzce od razu zapiszę się na kurs języka, znajdę pracę, udekoruję mieszkanie fotkami rodziny, znajomych oraz pamiątkami ze wszystkich stron świata, nauczę się gotować jak autochtony, znajdę pracę w miesiąc!”. Pfffffffffffff!!!! Buhahah!

Po okresie gigantycznej euforii (przeprowadzacie się z własnej, nieprzymuszonej woli, prawda?) nastąpi spadek. Dokładnie tak samo jak zjazd po narkotykach (podobno). Pierwszy skok na główkę musi okazać się deską, płasko na taflę wody. Phelps też na pewno tak zaczynał. Nie będzie Wam się chciało wstać z kanapy, wyjść do ludzi, a w pewnym momencie nawet zaparzyć herbaty. Spodziewajcie się tego od 1 do 6 miesiąca na emigracji. Jeśli potrzebujecie logicznego uzasadnienia tego stanu rzeczy (bo np. jesteście facetem), jest to bardzo proste: przeprowadzka do innego kraju to ogromny stres. Trudności w urzędzie imigracyjnymi, kupienie jabłka zamiast chleba (język!) czy zbyt wysoka (lub niska – pozdrawiam Skandynawię) temperatura tylko ten stres stopniowo i skutecznie pogłebiają.

Do tego nie macie starych, sprawdzonych i bezpiecznych patentów, które przez lata działały: rozmowy z przyjaciółmi, rutyny dnia codziennego, czy innego dziergania (no chyba, że jednak spakowałyście druty ze sobą, ale to też już nie to samo). Jesteście wyrwane ze strefy komfortu i zgwałcone ilością niespodzianek. Nie macie czym tego stresu szybko i łatwo rozładować. . Wypracowanie nowych sposobów, przyzwyczajenie się, nauczenie się siebie od nowa – to wymaga czasu! Nie ma zmiłuj! I nie ma wyjątków.

Ja przez pierwsze pół roku, bez konkretnej pracy w Turcji, non stop sprzątałam jak jakaś Perfekcyjna Pani Domu. Nawet kwiatki próbowałam sadzić. Brrr! Byleby tylko być sama sobie w czymś użyteczną. Słuchałam polskiej muzyki i gotowałam polskie potrawy, mimo że wcześniej nigdy nie przejawiałam objawów tęsknoty do tego co polskie, w jakiś szczególny sposób.

Ludzie będą Wam udzielać rad: idź na kurs języka, poznaj innych cudzoziemców, czy o zgrozo (!) – zmień coś! I to są bardzo dobre rady, z których na pewno skorzystacie. I samiuteńkie zdecydujecie co i jak! Ja też Wam sprzedam kiedyś parę patentów, ale najpierw musi nastąpić seppuku.

5. Seppuku, czyli samorozharatanie wnętrzności. Punkt kulminacyjny, że gorzej być nie może, więc może być tylko lepiej. To straszny moment, w którym niektórzy płaczą bez powodów, inni tylko się tną. Nie no, żartuję. Aż tak źle nie będzie (mam nadzieję :O). TO MINIE! Nie od razu, nie obudzicie się pewnego dnia i stwierdzicie, że życie jest piękne. Wasze chaotyczne i bezładne działania zaczną powoli przynosić owoce, a Wy zaczniecie doceniach przyjemności i zauważać małe sukcesy. Krok po kroku. Z potknięciami. Jak wracając po pijaku, na rowerze, w środku nocy. I nawet z podobnym, głupim uśmiechem.

6. I tu wchodzisz Ty, cała na biało. By kuć żelazo póki gorące.  Masz szansę na pracę? Bierz ją! Byle jaką! Zawsze możesz ją zmienić. Zapisz się od razu na ten cholerny kurs. Zrób przyjaciół na obczyźnie przyjaciół się nie nabywa z czasem, tylko się ich robi! Tak, tych prawdziwych, nie wyimaginowanych. Poznałaś kogoś fajnego? Zaproś ją/go na kawę, podtrzymuj ten kontakt. Wyjdź z inicjatywą, od czasu do czasu – nie stalkuj 😛 Załóż bloga! Na początku może nie będziesz Mickiewiczem, ale od czegoś trzeba zacząć. Zobaczysz, że po roku będziesz już mieć nowe życie.

7. Kryzysy będą nadal. Przy porodach przyjaciółek – w których nie możesz uczestniczyć, przy ślubach – na których nie zatańczysz, imprezach urodzinowych – które będziesz oglądać na fejsbuku, wyjazdach znajomych na kajaki – na które też będziesz mieć ochotę. Nie można mieć wszystkiego.

Nie bądźcie dla siebie surowe – przeprowadzka do innego kraju NAPRAWDĘ wymaga siły i odwagi.  Jeśli jej nie macie – to ją nabędziecie. Rzucając się na głęboką wodę, bez umiejętności pływania, lepiej jest zachować zimną krew, bo toną Ci, którzy za wszelką cenę walczą i z nieskoordynowanymi ruchami liczą, że jakimś cudem utrzymają się na powierzchni. Zachłyśniesz się i tak, ale może przy okazji nauczysz się pływać.

Jeśli dopiero szykujesz się do przeprowadzki, jeszcze ją rozważasz – odsyłam do filmu, który popełniłam już dawno temu. Jest co prawda o Turcji, ale myślę, że przyda się w wielu innych sytuacjach. A z jakiegoś powodu najwięcej prywatnych wiadomości na ten temat mam właśnie od zakochanych w Turkach.

Ps. Nie żałujcie mnie, Ludzie 🙂 Mam się dobrze, a historie przytaczam, bo łatwiej wtedy o komunikację i punkt odniesienia. Ja mimo wszystko lubię życie zagranicą!

 

Komentarze

  • Jurek
    16 sierpnia 2016

    Kaja masz rację, emigracja nie jest łatwa, my nawet spróbowaliśmy po 4 latach wrócić do PL. Wytrzymaliśmy tam 6 miesięcy… Z dystansu życie nad Wisłą wydaje się bajką… Pozdro!

    • Kaja
      16 sierpnia 2016

      Jerzy, po latach zagranicą jest kolejny problem. W Polsce też trudno być spowrotem „u siebie” 🙂
      Ściskam!

  • Lirael
    16 sierpnia 2016

    Bardzo żałuję, że nie przeczytałam podobnych rad rok temu, zanim rzuciłam jedne studia, by na stałe zostać w Skandynawii…. Dokładnie było tak, jak opisywalas w tym poście. Już miałam nawet spakowane walizki i bilet do Londynu w jedną stronę 😀 Ale po kilku dniach, pierwszy raz od miesiecy, wszystko odwrocilo się do góry nogami 😀 polecam bardzo plyte Księga Emigrantów. Kto nie był na emigracji, nie zrozumie…ściskam chwilowo z Polski!

  • Magda
    16 sierpnia 2016

    Nie mam takich odczuć a jestem już rok na emigracji 🙂 może dlatego, że wyjechałam razem z mężem!!! Polecam wziąć kogoś ukochanego, swoją „drugą połówkę”, ze sobą, bo tam dom twój, gdzie serce twoje… Nawet jeżeli poza granicami kraju to zawsze raźniej 🙂 Jeżeli chodzi o pracę, to załatwiliśmy sobie ją jeszcze będąc w ojczyźnie, tak więc zminimalizowaliśmy ryzyko niepowodzeń 🙂 Pozdrawiam

  • Pietruszka
    17 sierpnia 2016

    Jest ciezko, jest bardzo ciezko, potem jest tak ciezko ze tylko placze i mysle o tym jak chce do Polski, do rodziny, do przyjaciol, po czym sobie mysle, a co ja tam wlasciwie mam robic? Zaczynac znow od zera? I wtedy zaczynm zauwazac te drobne rzeczy, ze moj facet na prawde za mna szaleje, tylko czasem za duzo pracuje, ze to jak wspanialy zwiazek stworzylismy jest warte wielu poswiecen, ze ten kraj nie taki zly, ze nasi znajomi to mimo wszystko smieszni sa, ze jednak warto, ja to nazywam wpuszczeniem luzu, tak jak mowisz zawsze bylm mega ambitna, dwa kietunki studiow, praca, szalone zycie, cudowni przyjaciele, wolontariat, podroze i ta ambicje przedkladam na wiele innych spraw, bo musze ja gdzies wypuscic i ulokowac. Czasem same sobie nakladamy za duzo na garb i za duzo wkladamy do glowy.

  • Maweł
    27 sierpnia 2016

    Hej,
    Super strona i kanał na Youtube!
    Też od jakiegoś czasu planuję przeprowadzkę do Barcelony, a Twoja twórczość, na którą trafiłem dopiero dzisiaj jeszcze bardziej zainspirowała mnie do tego wyjazdu : -)
    Buziacy!

  • Grzesiek
    1 września 2016

    Heh… będać gościem co jest samcem a wyemigrował bookując bilety do kraju gdzie nikogo nie znał (Szkocja – nic nadzwyczajnego) na 3tyg wprzód i rezerwując jedną dobę w hostelu (co obecnie wiem jak głupie to było) a wcześniej żyjąc 3 miesiące na tymczasowym stażu w US doskonale rozumiem różnice między emigracją a „Erasmusem” kiedy zawsze znasz datę powrotu.

    Masz straszną rację z tym pierwszym rokiem – ale nie tylko o trudności na początku chodzi, które przy odrobinie szczęścia (mieszkanie potem praca, potem znajomi) da się przezwyciężyć. Śluby, narodziny dostawałem zaproszenia przez pierwszy rok, po roku to ustaje stety/niestety bo nagle „nie ma Cię” i relacje się rozluźniają.

    Świetny tekst i mógłbym pisać więcej, ale np. o gotowaniu polskich potraw – mój meksykański współlokator powiedział, że rosół jest dobry ale musi dodać pikantnych przypraw bo zbyt mdły, a amerykański był super zadowolony, że go wziąłem na imprezę do polskiego klubu gdzie grali … disco polo (m. in.) – co ja sam bym się nie spodziewał już po 2 miesiącach, że będę się pchał w takie miejsca, do których nigdy nie chodziłem w Polsce 😉

  • madeleine d84
    7 września 2016

    Świetnie ujęłaś etapy życia na emigracji i odnoszę wrażenie, że w moim przypadku było bardzo podobnie. Również wyjechałam „za miłością” do obcego kraju, nie znając kompletnie języka i łudząc się, że z całkiem dobrym angielskim zawojuje tutejszy rynek pracy. Na miejscu zimny prysznic, zderzenie z rzeczywistością, walka z administracją i załatwianie dziesiątek dokumentów potrzebnych do ubezpieczenia czy zawarcia związku małżeńskiego. I mimo, iż nie wyemigrowałam bardzo daleko, a jedynie do Francji, to czułam się na początku mojej drogi na obcej ziemi jak ufoludek, którego nikt nawet nie stara się zrozumieć. Wiele przyjaźni z Polski się rozleciało w drobny mak, gdyż mimo facebooków i skypów ludziom często po prostu nie chce się utrzymywać kontaktów na odległość. Bo niby po co? Nie będzie mnie na sobotniej imprezie, nie wpadnę na ślub tej czy innej koleżanki, jestem daleko i mimo, że z Francji do Polski mogę dolecieć w dwie godziny, to i tak nie zawsze mam taką możliwość. Emigracji jednak nie żałuję – nie było łatwo, nadal nie jest, znowu będę szukać pracy; znowu pewnie będę zajmować się czymś, co kompletnie nie jest związane ani z moim wykształceniem, doświadczeniem czy po prostu z ambicjami, ale dam radę! Zgadzam się w całej rozciągłości z tym, co napisałaś o Polkach: jesteśmy bardzo silne, pracowite i ambitne. Nic nas nie złamie, choć wiadomo, że nie zawsze będzie „kolorowo”.
    Pozdrawiam z Belfort!

  • sparrow sparrow
    8 listopada 2017

    Hej. Napisałas duzo prawdy ale nie kazdy przezywa to tak jak to opisałas, mysle ze to zalezy od cech charakteru danej osoby. Jedni tesknia za rodzina, za mozliwoscia obcowania z ludzmi ktorych sie zna od dawna, za świętami ( ja tak mam ) a inni czuja sie dobrze ze wszystko jest daleko i zaczynaja nowe zycie czasem calkiem inne od tego jakie prowadzili w Polsce (hulaj dusza piekła nie ma). Jestem juz 6 rok na obczyznie i tez wyjechałam za miłoscia 😛 a teraz mam plan zaczac studia w Polsce, wiec wroce na conajmniej 3 lata… niewiem co to bedzie i jak to bedzie , ale mysle ze dam rade bo to w koncu rodzinny kraj wiec powinno byc latwiej 🙂 Pozdrawiam Was serdecznie, i prosze pisz wiecej takich notek! ogolnie nagrywaj i pisz bo super sie oglada i czyta! Bede zaglądać regularnie 🙂 buziaaaki

  • amanda
    5 grudnia 2018

    Hi All im newbie here. Good post! Thx! Thx!

  • edmun
    6 grudnia 2018

    będzie teraz prawie 8 lat na emigracji. miało być 2-3 lata i powrót.
    I wciąż nie wiemy czy kiedykolwiek wrócimy

zostaw komentarz

LUBISZ MÓJ BLOG?

Możesz objąć kanał Globstory patronatem.

Dzięki!

@globstory

Follow Me