No weather information available
Top

Puro z demonem

Słuchaj na SPOTIFY – <click>

 

Jeśli kiedykolwiek będziesz w Andach, i wyskoczy na Ciebie z batem gość z pomalowaną na czarno twarzą i czarcim ogonem – nie obawiaj się! Nie rzuca na Ciebie szatańskiej klątwy. 

On tylko zachęca, tak – batem, do zabawy do białego rana, podczas religijnego, lokalnego festynu, ku czci świętych. Prawdopodobnie zostanie Ci wręczony kieliszek samogonu, z którego wcześniej piło już pół wioski, prawdopodobnie też chwilę później zostaniesz wciągnięty w kółeczko drepcząco-tańczących ludzi.

Gdyby pielgrzymka do Częstochowy kończyła się w ekwadorskiej wiosce – pewnie tak wyglądałby jej finał. 

 

synkretyzm

«łączenie w jedną całość różnych, często sprzecznych, elementów; też: współistnienie takich elementów, np. w doktrynie religijnej lub w jakimś utworze»

 

Nigdzie w całym Ekwadorze nie można zaobserwować przenikania się wiary katolickiej i elementów pogańskich w sferze ceremonialnej i wierzeniowej tak wyraziście, jak w ukrytych, andyjskich wioskach. Mieliśmy okazję odwiedzić miasteczko Atahualpa, znajdujące się na samym końcu drogi znanej w całym kraju jako: Ruta Escondida (Ukryta Droga), podczas celebracji dnia św. Piotra. O tym, co zobaczyliśmy opowiedzieliśmy już w filmie, który możecie znaleźć tutaj: 

 

 

 Chcemy jednak nakreślić nieco szerszą perspektywę takich obchodów, które są wizytówką tych małych, ukrytych przed światem społeczności – szczególnie, że same proszą o nagłośnienie organizowanych przez siebie fiest, jako najważniejszych w ciągu roku imprez odbywających się w tym regionie. 

Atahualpa niewiele ma z ostatniego władcy Imperium Inków, od którego imienia pochodzi jego nazwa. Jest cicha, niewiele znaczy i poza jednym weekendem w roku, prawie nikt się nią nie interesuje. O otaczającej miasteczko, żyznej, tętniącej od zieleni dolinie krążą natomiast plotki, że to właśnie tu, we wnętrzu jednego z niepozornie wyglądających, zalesionych wzgórz, pochowano zwłoki samego Atahualpy w nieoznaczonej krypcie. Plotki głoszą, że ciało udało się wydrzeć z rąk Hiszpanów garstce najwierniejszych ludzi zamordowanego władcy i wedle jednej z teorii: to stąd właśnie wzięła się nazwa miasteczka. I o ile nie możemy potwierdzić, że tak właśnie jest, bo badania nic takiego nie potwierdzają, a wręcz wskazują na inne lokalizacje, o tyle klimat tego otoczonego wulkanami i skalistymi, nieurodzajnymi wyżynami przyczółku bujnej zieleni zapiera dech w piersiach i momentami jest wręcz oniryczny. Kto wie – może to właśnie dlatego ta część kraju kojarzy się miejscowym z ostatnim tchnieniem legendarnej potęgi upadłego imperium, którego siła witalna nie dała się zgładzić? Dolina po części podzielona jest równymi prostokątami pól uprawnych, na których dojrzewa awokado, pomarańcze, cytryny i limonki. Częściowo zaś pozostaje dzika i zalesiona, strzegąca dostępu do licznych wodospadów, które kryją się przed oczami mniej dociekliwych turystów. Zalewana rano i popołudniami mgłą gęstą jak mleko, która powoli, niczym obdarzona własnym życiem, spływa z okolicznych wzniesień i dociera aż pod płoty domostw. 

 

 

Właśnie w takich okolicznościach natury znajduje się to małe, senne miasteczko z jedną główną ulicą i kilkunastoma odnogami, które według ostatniego spisu ludności zamieszkuje zaledwie 2000 osób. Chodź i tej niewielkiej liczby nie widać na ulicach, ponieważ młodzież, jeśli tylko jest w stanie, ucieka przed przyszłością na wsi do położonego dwie godziny drogi autokarem Quito. W praktyce do efektu powolności Atahualpy przyczynia się jego społeczeństwo – raczej starsze i stateczne, nienawykłe do rzucania się w oczy, skupione wokół mozolnego wspinania się po stromej głównej ulicy. Tak, to ten klimat, gdzie wszyscy wszystkich znają, choćby z widzenia.  Gdzie atrakcję w weekendy zapewnia jeden, jedyny bar, ściągający z okolicznych wiosek spragnionych zabawy miejscowych i gdzie dotarliśmy w piątkową, mglistą nocą ostatnim tego dnia autokarem. Podróż z Teny zajęła nam w sumie ponad 15 godzin i była najmniej fartownym przejazdem, jaki mieliśmy okazję odbyć podczas całej przygody w Ekwadorze: Kaję bolał już od kilku dni ząb, akurat tego konkretnego dnia trochę nawet gorączkowała. A Mateusz z kolei nadal jeszcze był przeziębiony po wizycie w lesie deszczowym (nawet nie pytajcie jak można przeziębić się w upale). Dodatkowo brzemienną w całą serię spóźnień reakcję łańcuchową spowodował pierwszy autokar, który miał odjechać z Teny o 8 rano, ale postanowił akurat nie zaistnieć tego dnia, więc nie odjechał. Jak domek z kart runął cały nasz plan dotarcia do Atahualpy przed zmrokiem – pamiętajcie, że wówczas byliśmy jeszcze mocno przestraszeni jeżdżenia autokarami po zachodzie słońca! Nie było jednak lepszego wyjścia – trzeba było zacisnąć, nomen omen, zęby i dotrzeć na miejsce bez (większego) marudzenia. Tacy więc zdrożeni, mocno już nieprzytomni, wysiedliśmy 29 czerwca o 22 na rynku Atahualpy z naszymi plecakami i obietnicą noclegu u amerykańskiego gringo, Larry’ego. 

Mimo usilnych starań Larry’ego, który próbował nam wytłumaczyć jak dotrzeć do swojego domu, stanęliśmy na głównym placu miasteczka bez pomysłu co dalej i zaczęliśmy rozpytywać, czy ktoś może kojarzy starszego gringo w tęczowym poncho. Niestety, nikt nic nie wiedział, ale Pani z jedynego otwartego o tej godzinie sklepu spożywczego postanowiła nam pomóc i przejść się z nami w poszukiwaniu farmy, o której nigdy nie słyszała. Dokładnie w chwili, w której zakładała na siebie ponczo przed sklep zajechał na motocyklu Larry i krzyknął po kowbojskiemu: Yeeeeehaaaaa!!! (jest z Georgii i sam określa się mianem południowego dżentelmana). A potem rzucił od niechcenia: dobra, zabieram Was na plecak do domu, kto pierwszy? Tak właśnie trafiliśmy w gościnę do przemiłego człowieka, który wraz ze swym obronnym psem, który jak się też później okazało, mógł nas obronić tylko przed otyłością, bo najbardziej na świecie ukochał sobie świeże bułki i drapanie po brzuchu – zabrał nas na niezapomnianą fiestę. I to zaledwie godzinę po tym, jak dojechaliśmy na miejsce.

Larry zaprosił nas do swojego salonu, wsadził nam w dłonie po szklance piwa i powiedział: 

– Świetnie, że jesteście! Zrobiłem zupę, mamy Netflixa, a za godzinę startuje pochód taneczny, więc idziemy się upić z całą resztą miasta! 

Dodajmy, że dochodziła 23, Kaja wyglądała, jakby zaraz miała się przewrócić z bólu i ZE WSZYSTKICH DNI, kiedy chętnie poszlibyśmy w tango do rana na ulicach miasta padło akurat na ten. Nic to jednak, skoro są to obchody raz do roku, to niezależnie od tego, czy bolą nas zęby i mamy gorączkę – imprezować trzeba. Szczególnie, że Larry jest tak bardzo podekscytowany wydarzeniami, które mają nadejść tej nocy, że naszych historii o zębach i przeziębieniach słuchał jednym uchem, drugim zaś nasłuchiwał, czy grupa taneczno-śpiewająca ruszyła już spod domu jego sąsiadki. Doubrani więc we wszystko co mieliśmy ze sobą, bo noce w Atahualpie bywają zimne, wyruszyliśmy przekonać się na własne oczy jak wygląda fiesta na cześć św. Piotra, o co w niej chodzi i kto w niej bierze udział. 

Wiedzieliśmy jeszcze przed przyjazdem do Ekwadoru, m.in. dzięki zajmującym, opatrzonym obłędnymi zdjęcami wystąpieniom Bartka Rubika (którego z tego miejsca pozdrawiamy i serdecznie polecamy jego wykłady i wystąpienia!!!), że Ameryka Południowa to miejsce, gdzie religia i jej praktykowanie nie podąża jedną, wspólną ścieżką – poszczególne regiony w sposób staranny i przemyślany przez wieki przemycały elementy pogańskie do wiary katolickiej, tworząc nierozerwalny, synkretyczny twór, który określa się mianem katolicyzmu ludowego, bądź etnicznego. 

Kolonizacja sfery duchowej podbitych ludów Ameryki Południowej była jednym z najważniejszych czynników w walce o pełne zdominowanie kolonizowanych społeczności.  Religia przywieziona z Europy od początku traktowana była jako model przynoszący “cywilizację”, stawiany w opozycji do “dzikich” wierzeń natywnych, których całkowite wyzbycie się miało przynieść lokalnym populacjom rozwój i dobrobyt. W praktyce niosła też jednocześnie jeszcze silniejsze przywiązanie do rosnącej w siłę, międzynarodowej wspólnoty, która jednoczyła się, przynajmniej w kontekście religijnym, pod sztandarem krzyża i kościoła. Postępująca od XVI wieku ewangelizacja i liczne misje prowadzone głównie przez Franciszkanów i Jezuitów, stanęły jednak przed ciężkim zadaniem, bo nawet po trzystu latach swojej działalności i kolejnych dwustu na “dojrzewanie” zasianych wartości, można mówić tylko o częściowym sukcesie. Katolicyzm bowiem przystosował się do określonych warunków, w których przyszło mu funkcjonować, pozostawiając lokalnym społecznościom bardzo dużo swobody w podejściu do zarówno form celebracji, jak i przemycania tradycyjnych wartości na podówczas nowy, religijny grunt. Domniemywa się, że była to jedna z form opozycji w stosunku do kolonizatorów i próba zachowania spychanej w niebyt tożsamości. W ostatecznym rozrachunku Ekwadorczycy, wliczając w to mieszkańców odwiedzonej przez nas Atahualpy, to wierzący, częściowo praktykujący katolicy, dla których elementy zapożyczane z kompletnie innego, nieistniejącego już świata są naturalnym jak oddychanie powodem do dumy i promocji regionu. 

I faktycznie, niemal tuż za bramą domu Larry’ego tłum ludzi już faluje, śpiewa i tańczy, ubrany w kolorowe stroje, z podsyconą alkoholem ekscytacją w oczach i szaleństwem w sercach. Są to ostatnie minuty przed wyruszeniem tanecznym krokiem w stronę głównego rynku miasta. Korzystając z zamieszania ktoś jeszcze poprawia strój, ktoś inny plotkuje z sąsiadem, dzieci biegają między dorosłymi podekscytowane do granic możliwości, Larry przedstawia nas kolejnym znajomym – nim zdążyliśmy powiedzieć mucho gusto po raz trzeci, ściskając kolejną z licznych wyciągniętych w naszą stronę dłoni, mamy w rękach kieliszki, a jowialny, głośno rechoczący raz po raz sąsiad o potężnej posturze już nam nalewa do nich puro – tutejszy bimber, którym raczy się przy takich okazjach niemal całe miasteczko. Zaskakująco smaczny, lekko korzenny, ale nie chcemy przeginać i odmawiamy drugiej kolejki, bo wygląda na to, że wszystko dopiero się zaczyna. Chwilę później pochód rusza, a my z nim. Początkowo nieśmiało plączemy się z tyłu, ale tu nikt nie ma żadnego problemu z tym, że do tańczącego tłumu wskakują kolejne, przypadkowe osoby. O to chodzi. Taniec jest tu w ogóle określeniem nie oddającym tego, w czym bierzemy udział – tu nikt nie stoi w miejscu, rytm sprawia, że pochód cały czas się przesuwa, falując z gracją. Ten charakterystyczny kroko-taniec mają opanowany nawet dzieci, dla których jest to często najważniejsze wydarzenie w życiu – to właśnie najmniejsi uczestnicy są najbardziej kolorowo ubrani, dziewczynki w pięknych, wyraziście kolorowych sukienkach, chłopcy w specjalnie przygotowanych na tę okazję wełnianych spodniach i odświętnych, białych koszulach. O randze tej celebracji w życiu najmłodszych niech świadczy fakt, że jeszcze kilka dni po fieście małe dziewczynki jadąc z rodzicami autokarami w przejściu między fotelami tańczyły znanym nam już dość dobrze tupiącym krokiem, wywijając w ścisku obroty i machając sukienkami. To charakterystyczne tupanie, czy może wybijanie stopami rytmu, to zaproszenie dla Matki Ziemi, Pachamamy, do wzięcia udziału w celebracji. Wszak to właśnie ona odpowiedzialna jest za życiodajne dla człowieka plony i powinna wiedzieć, że właśnie świętuje się na jej cześć. 

 

 

W ogóle stroje podczas tej fiesty to kalejdoskop różnych inspiracji, tradycji i wpływów. Oprócz wspomnianych już białych koszul z kolorowymi haftami ozdobą przechodnią są wspomniane już wełniane, potężnie włochate spodnie. Zakłada się je na specjalne okazje, a na całą rodzinę przypadają najczęściej dwie, trzy pary, które czasami zmieniają właścicieli w biegu. Rzucają się w oczy kapelusze. Mają je na głowach chłopcy i mężczyźni, a my zrobiliśmy o nich film, który możecie obejrzeć tutaj: … Dorośli występują też, oprócz koszul, w ponczo, robionych tu najczęściej z wełny lam i alpak. Królują wśród nich kolory jasno-beżowe i mocne czerwienie. Panie natomiast wirują w mieniących się różnymi, mocnymi kolorami spódnicach, wśród których prym wiodą krwawe czerwienie, pomarańcze, zielenie i różne odcienie niebieskiego. Przełamują je chusty przewiązane przez ramię i brzuch w innych, mocnych kolorach dla spotęgowania kontrastu. Spod chust wystają białe koszule z kolorowymi, kwiatowymi haftami, a obrazka dopełniają gustowne makijaże i misterne fryzury, najczęściej warkocze, czasami poprzetykane kolorowymi wstążkami. Naprawdę ciężko przebić taki wygląd, ale w tłumie jest też sporo osób w bardzo charakterystycznych, wełnianych maskach mieniących się kilkunastoma kolorami. Maski te nazywane są tu Maskami Diabła – Aya Uma – co w dosłownym tłumaczenia oznacza maskę duchów. To unikalne nakrycie głowy w regionie Imbabura nosi są z okazji Bożego Ciała i festiwalu Inti Raymi, czyli czasu, kiedy obfitymi plonami kończy się jeden z andyjskich cykli agrarnych. Wzorowane są na mistycznej postaci z pogranicza świata duchów i demonów gór, która schodzi odziana w taką właśnie maskę między ludzi, by oddawać cześć wraz z nimi nieposkromionym siłom natury. Takim jak słońce, czy księżyc. Po bliższym przyjrzeniu się widzimy, że maski posiadają też rogi, których tradycyjnie nie powinno być więcej, niż 12. W niektórych wariantach zauważamy też dwie twarze, oznaczające dzień i noc, bądź wedle niektórych źródeł: przeszłość i przyszłość. Nawet Aya Uma rozumie, że te obchody to ważny moment, ponieważ daje on sygnał Pachamamie, że teraz przychodzi czas na jej zasłużony odpoczynek i regenerację, która pozwoli na wydanie kolejnych, obfitych plonów w przyszłości. 

 

 

W centrum pochodu, otoczony tancerzami, maszerują ubrani w czerwone poncza muzycy, obowiązkowo wyposażeni w gitary, flety i bębny. To właśnie oni dbają o to, by energia nie opuszczała zgromadzenia, kiedy schodzi ono tanecznym krokiem w stronę rynku, śpiewając piosenkę za piosenką. Czasami tylko w fiestę wkrada się moment przerwy na złapanie oddechu i złapanie kieliszka puro – pomiędzy osobami biorącymi udział w fieście od początku krążą osoby ze skórzanymi, drewnianymi i szklanymi naczyniami pełnymi bimbru. Polewają obficie do kieliszków, które wędrują pomiędzy zgromadzonymi – ku pokrzepieniu ducha i ciała podczas trwającej dla niektórych do rana imprezy. A takich grup, jak ta opisana, jest wiele, muzyka pulsuje dosłownie zewsząd, każdy metr kwadratowy ulicy wypełniają tancerze. By wszystko nie zamieniło się w chaos potrzebny jest człowiek, który nad tym wszystkim zapanuje. W przypadku obchodów w Atahualpie, jest nim enigmatyczny i charyzmatyczny El Negro! Ten krzepki mężczyzna, obdarzony potężnym, donośnym głosem z pomalowaną kompletnie na czarno twarzą przewodzi śpiewom i tańcom. To on intonuje kolejne pieśni, które chwilę później podejmują gitarzyści, fleciści i perkusiści. To on zdziera gardło na początku każdej zwrotki, żeby upewnić się, że entuzjazm nie opada, zagrzewając do śpiewu resztę. To on decyduje gdzie porusza się procesja i w jakim tempie. To on, wyposażony w bat, który symbolizuje jego władzę nad Inti Raymi, gania i chłoszcze leniwie tańczących i migających się od picia. Nie ma ucieczki od El Negro, którego czarna twarz pojawiła się w Atahualpie jako odprysk andyjskiej symboliki powiązanej z miastem Latacunga. A konkretnie czarnymi niewolnikami pracującymi w tamtejszych kopalniach, którzy szokowali ówczesne endemiczne społeczeństwo. W tej mieszance znajduje się również „La Fiesta de la Mama Negra”, czyli dziękczynna procesją na cześć Matki Bożej Miłosierdzia. Wedle ludowych podań zatrzymała ona w 1742 roku erupcję drugiego najwyższego wulkanu w Ekwadorze: Cotopaxi, który kilkakrotnie dewastował swoimi wybuchami miasto. Ten kulturowy tygiel zrodził w Lacatundze obchody, w ramach których Mama Negra, symbolizująca Matkę Boską, z pomalowaną na czarno twarzą (symbolika wulkanu) jedzie na końcu procesji na koniu. Na swoją cześć spryskuje obficie mlekiem publiczność, symbolizując w ten sposób karmienie jej własną piersią. Wracając jednak do El Negro – jest to postać, która zapożyczając i ewoluując przez wieki wita nas wreszcie na końcu Ruty Escondidy w formie srogiego, odzianego w czerwone ponczo jegomościa z batem w ręku, który dba o to, żeby tańce i śpiewy były wystarczająco dobre, by na kolejny rok przebłagać Cotopaxi. Niezłe szaleństwo, co?

 

 

W środku tego zgiełku Larry co rusz się do nas nachyla i przekrzykując tłum radośnie donosi, że: 

– Dzisiaj upije się całe miasteczko! 

Podkreśla przy tym, że byłoby bez sensu, żebyśmy nie zrobili tego samego, bo kolejna taka okazja będzie dopiero za rok. Co chwilę zbijamy z kimś piątkę, Larry z kimś się obściskuje, kogoś nam przedstawia, do kogoś macha – im dłużej jesteśmy “na mieście”, tym więcej widzimy chwiejących się, a nawet zataczających się osób. W światłach latarni migają twarze, gdzieś na granicy uwagi szumią imiona, których nigdy więcej nie przyporządkujemy do tych twarzy, trochę nie wiemy co się dzieje. Ale jest wspaniale (poza zębem)! Nowo poznani imprezowicze mówią nam, że z każdym rokiem starają się podnosić rangę imprezy i dbać o bezpieczeństwo samych imprezowiczów. W poprzednich latach zdarzały się bójki, które działały na niekorzyść starających się wypromować fiestę władzom miasteczka. Bo przecież to nie byle fiesta,  przyjeżdżają na nią goście nawet z Quito! I para filmowców z Polski, co rodzi zainteresowanie niemal każdego przechodnia – Atahualpa stawia na turystów i gra tymi kartami, które aktualnie ma w ręce. W związku z powyższym organizuje w sobotę, czyli podczas głównej części obchodów St. Pedro, konkurs dla grup tanecznych z całej okolicy. Kiedy już w nieco lepszej kondycji wychodzimy w południe na ulice miasteczka szaleństwo dopiero się rozkręca, muzyka praktycznie się nie zatrzymuje, bo kiedy cichnie na moment u jednej z grup, to pałeczkę przejmuje inna ekipa. El Negro udaje, że batoży ociągających się, kolorowe maski zasłaniają twarze tańczących, kobiety falują pięknymi sukniami. Mimo wczesnej pory kręcą się już panowie z puro. Wydaje się, że pochodom nie ma końca, bo kiedy schodzi w stronę rynku jedna grupa, z góry ulicy idzie już następna, wydawałoby się: jeszcze bardziej kolorowa i głośna. I może coś w tym jest, bo kulminacją obchodów jest wspomniany już konkurs na najlepszy występ, choć jak potem dowiadujemy się chodzi bardziej o wspólnie spędzone szalone chwile zabawy, niż to kto wygra. Trofea przygotowuje się bowiem dla wszystkich uczestników bez wyjątku. Atmosfera podobna jak poprzedniego dnia, z tą różnicą, że jest jeszcze jasno i że pije się więcej. W trakcie występów poszczególnych grup na rynku, które odbywają się przed jury i publicznością, dowiadujemy się też, że układy taneczne nie są przypadkowe. Tancerze podrygują w obracających się względem siebie okręgach, symbolizujących dwa przesilenia i dwie równonoce w trakcie roku kalendarzowego. A to wszystko w ramach katolickiego święta, na rynku przed jedynym kościołem w Atahualpie. 

 

 

Ten amalgamat przenikających się wierzeń i tradycji, który obserwowaliśmy przez dwa dni trwania wyrywającego się na każdym kroku spod kontroli festiwalu, to codzienność mieszkańców andyjskich miasteczek. Obchody zdają się żyć własnym życiem, a katoliccy święci przybierają bez mała formę pretekstu. Kryje się za nimi cała mieszanka charakterystycznych wierzeń, które na tych ziemiach były na długo przed pierwszymi Europejczykami i ich religią. Niegdyś na celowniku misjonarzy, przeznaczone do całkowitego wymazania, dziś stają się dumą i towarem eksportowym tych niewielkich społeczności, które dokładają starań, by świat o nich usłyszał. Najlepszym przykładem jest Aron, student informatyki na jednym z większych uniwersytetów w kraju, który bardzo się cieszy, że pokażemy jego miasteczko w filmie: 

– Potrzebujemy promocji, bo robimy tu świetne rzeczy, ale za mało osób o nas wie. Rozejrzyjcie się wokół, nasz jedyny hostel pęka w szwach, mimo, że reklamujemy fiestę tylko drogą plotek i rozmów ze znajomymi. Pomyślcie, co by tu się działo, gdyby wiedział o nas cały kraj i turyści! 

Faktycznie myślimy o tym, co by tu się wówczas działo, ale tego na trzeźwo nie da się ogarnąć. Do dna! 😀

zostaw komentarz

LUBISZ MÓJ BLOG?

Możesz objąć kanał Globstory patronatem.

Dzięki!

@globstory

Follow Me