No weather information available
Top

Prowadziłam bar w Turcji…


Ten tekst miał być zupełnie o czym innym, ale przypomniał mi o historii, której nigdy Wam nie opowiedziałam, choć nie wiem czemu. A było to tak.

 

Po kilku miesiącach spędzonych po raz pierwszy na obcej ziemi, w Stambule, narodziła się we mnie tęsknota za Polską. Pisałam już kiedyś o tym na blogu. Zabawne to było uczucie, bo zawsze ciągnęło mnie w świat, i jak już mnie wywiało – nie chciałam wcale wracać. Nie tylko z ciekawości świata, ale też z nudów, choć życie miałam zawsze pełne przygód, a ziemia moich przodków była dla mnie wygodna i łaskawa. Przygody niestety uzależniają tak samo jak każdy nałóg – wciąż trzeba zwiększać dawkę. Nie myślałam o powrocie nawet przez sekundę, ale polskie akcenty otaczały mnie w Stambule każdego dnia, w dużo większym stopniu niż wtedy, gdy mieszkałam w Warszawie. Słuchałam polskiej muzyki, gotowałam polskie potrawy, zwoziłam przy każdej okazji zapasy majeranku czy ziela angielskiego (choć mój chłopak uparcie twierdził, że znajdę je na bazarze, w przeciwieństwie do kiełbasy, którą łapserdak mi podjadał), czytałam wiadomości z Polski i szukałam kontaktu z krajankami.
To ostatnie było najbardziej ożywcze, a że Polonia w Stambule nie była zintegrowana – postanowiłam coś z tym zrobić.
Był to czas bardzo burzliwy zarówno w historii Turcji, jak i w moim życiu. 2-3 miesiące w Stambule, bez pracy, przed blogiem, z dużym zapasem energii i czasu do spożytkowania oraz z chłopakiem, który prowadził… bar. Zaczął 3 miesiące przed moją przeprowadzką do Stambułu. Znajomy znajomego powiedział mu, że jest dostępny lokal, który wystarczy lekko odświeżyć (czytaj – wyczyścić, odgrzybić, odmalować, umeblować, udekorować), a że Ozan kończył w tym czasie działalność swojej średnio prosperującej firmy – stwierdził, że okazja nie może przejść koło nosa.

 

1149039_10200429734042148_111134428_n
Z kumplami tam wpadli i zrobili z tego miejsce, które w nocy wyglądało jak stary, zadymiony – pub. Za dnia wciąż wyglądało to jak speluna, ale wiele barów ma tę przypadłość.
Bar mieścił się w 5-piętrowym, starym budynku, w bocznej ulicy od Istiklal – bijącego serca miasta. Istiklal Caddesi to jedno z najbardziej turystycznych (ale również uczęszczanych przez tubylców) miejsc, aleja długa na 2 kilometry wciśnięta pomiędzy kilkupiętrowe budynki. Zatłoczona tak bardzo, że nie dało się tam chodzić szybciej niż spacerkiem i unikać kolizji ludzkiej. Po obu stronach sklepy, knajpy, kluby, bary, kościół katolicki i grajkowie uliczni. Nocą zamieniała się w imprezownie, na której naganiacze zapraszali turystów do modnych, nietanich knajp. Idealne miejsce na bar.

Zajmował on całe 1 piętro budynku, na drugim, trzecim i czwartym nie było niczego, a na ostatnim – na dachu, znajdował się oszklony, bardzo znany klub z muzyką reggae.

Oznaczało to, że wszyscy jego goście przechodzili dosłownie przez nasz przybytek, a czasami schodzili na tańsze o 1 lirę piwo. Kolorowo poubierani rastafarianie, dredziaste dziewczyny, czarnoskórzy imigranci, zakolczykowani i obtatuowani artyści – lokalna bohema, która o 5 piątej rano nierzadko staczała się na twarz po stromych schodach na sam środek naszego baru. Zawsze wtedy obiecywaliśmy sobie, że ustawimy tam kamerę i zrobimy kompilację faili. Szkoda, że do tego nie doszło. Nikomu nie stała się krzywda, pijani ludzie lepiej znoszą upadki.

 

1511170_390187801116877_1744253139_n
Piszę „naszego baru” ponieważ oboje byliśmy tam niemal codziennie od 17.00 do 6.00 rano. Dojazd z domu zajmował nam 2 godziny, powrót nad ranem – godzinę, którą najczęściej przesypialiśmy w autobusie, ze zjeżdżającymi z naszych ramion głowami. Teraz już wiem, że marzenie wszystkich młodych ludzi – by mieć bar – nie jest czymś, co mogłabym robić dłużej niż kilka miesięcy. Ozan wymyślał drinki, ja zmywałam i nalewałam browary, choć robiłam to tylko wtedy, gdy nie starczało mu rąk na wszystkie zamówienia, bo za barem było miejsca tylko dla jednej osoby, a on uwijał się jak typowy Turek w fastfoodzie (oni to mają w genach!), i nie chciał, bym się trudziła pracą.
Bywało tak, że sprzedaliśmy przez cały wieczór tylko jedno piwo, bywało też tak, że wielki tłum gawiedzi wieńczył wieczór, tańcząc na stołach. W tym pierwszym przypadku – zajmowałam się dekorowaniem ścian, wymyślaniem plakatów, śmiesznych tekstów do ramek, wieszaniem lampek i organizowaniem imprez. W tym drugim – bywałam komputerową didżejką, choć wolałam, by ta odpowiedzialność spadała na kogoś bardziej obeznanego w tym, czego słucha erasmusowa młodzież, lub po prostu piłam drinki i tańczyłam z przyjaciółmi, którzy każdego wieczoru przychodzili w innym składzie. Ale zawsze był tam ktoś kogo Ozan znał, a potem już witałam ich jak pani na włościach.

 

1234992_651171924901143_1353088881_n
1890458_10201437230388927_53274945_o
Czasami chadzałam 4 piętra wyżej, gdzie odbywały się genialne koncerty i gdzie sąsiedzi – barmani z uśmiechem witali mnie niskoprocentowymi szotami o smaku nutelli. Było tam dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie, że jest w Nowym Orleanie, choć muzyka nieco inna. Albo jak w offowych filmach, gdzie artystyczna młodzież bawi się w tajnych klubach, którą wyszpachlowane laski z pobliskich dyskotek techno traktowałaby jak wyrzutków społeczeństwa. Ale to było zdecydowanie moje miejsce na ziemi. Takie, jak Stambuł – kocha się je, ale i nienawidzi, bo wysysa życiodajną energię i odbiera naturalne w zegarze biologicznym godziny snu.
Nie trafiało się tam łatwo, choć bardzo staraliśmy się je rozpromować, bo przychody miesięczne to było parę stów na waciki. Mały szyld nad drzwami. Jedyną wskazówką było to, że przed drzwami stało 2 goryli, stereotypowych jak z kreskówki.

 

1545796_390187641116893_2069009562_nJeden bysior-paker z siłowni, drugi – po prostu gruby, z czarnym kucykiem. Kiedy się uśmiechali na nasz widok wyglądali jak misie do przytulania, a w ich oczach można było zobaczyć wielkie serca. Zawsze o mnie dbali kiedy wychodziłam na fajkę (wtedy jeszcze paliłam), a Ozan był zarobiony. A dbać musieli, bo ulica w nocy nie była bezpieczna. Mimo tłumu – ułudy bezpieczeństwa, zdarzały się elementy o bardzo odmiennych stanach świadomości, zataczający koła, potykając się o kostke brukową. Mój wygląd ewidentnie wskazuje na Europę Wschodnią (wg tamtejszych standardów) więc zostawiona sama sobie na chwilę – zawsze przykuwałam uwagę ciekawskich, podchmielonych pasjonatów międzynarodowych przygód. Chociażby do treningu języka angielskiego. Ulice w tamtej okolicy nocą to nie miejsce dla samotnych kobiet.
Z drugiej strony uwielbiałam na niej być, bo przygód i niecodziennych widoków było tam co niemiara, a na każdym jej skrawku działo się wiele różnych historii: tu pan ciągnący wózek i sprzedający popcorn, tam transwestyta w kusej bluzce, która odsłania jego owłosiony brzuch, mały tłumek studentów czekający przed fast foodem na kebaba w cieście, a obok mnie – moi przyjaciele. Czasami wyglądało to tak, jakby anarchia zdobyła miasto – tacy piraci na lądzie w 21 wieku. Wiem – dziwne mam upodobania, ale jak już mówiłam – nie lubię nudy.
Bywały też smutne widoki: żebrzące, bose dzieci, bijatyki, w których nie było zasady „do pierwszej krwi”, pościgi za złodziejami torebek, płacze…
Ale wierzcie mi – po miesiącu, nawet do takiej rzeczywistości można swoje oczy przyzwyczaić. Zarówno dobre jak i złe traktowaliśmy wszyscy jak codzienność, która taka po prostu jest. Bez zbędnego rozckliwiania się i angażowania w otoczenie.
Jak już pisałam – szukałam kontaktu z Polakami. Zapisałam się do wszelkich możliwych grup fejsbukowych i zrobiliśmy w barze kilka polskich wieczorów. Dla Polaków promocja na browary, przywoziłam czasem jakieś polskie pierniki czy ptasie mleczka, raz nawet ulepiłam pierogi i upiekłam sernik. Poznałam tym sposobem kilkadziesiąt Polek i.. jednego Polaka. Zaprzyjaźniłam się z kilkoma z nich, co dało mi ulgę w kulturowym osamotnieniu w Stambule.

 

Tamten czas był bardzo niespokojnym w historii miasta. Kilka miesięcy wcześniej kilkuset tysięczne tłumy protestowały przez kilka tygodni, wywracając życie codzienne do góry nogami. Napisałam nawet o tym piosenkę. I choć kurz opadł, pył opadł zdarzały się często różne incydenty, bo rząd zdecydował, że Turkom nie wolno się „zgromadzać” i każdą taką próbę należy natychmiast rozpędzić wszelkimi sposobami, włączając opancerzone armatki wodne, którymi celowano bezpośrednio w ciała ludzi, zamiast polewać ich z góry. Policja była bardzo brutalna, a międzynarodowe prawa człowieka można sobie było wsadzić między bajki o Alladynie.
Pech chciał, że jedna z demonstracji przypadła na wieczór jednego z polskich spotkań. Oczywistym dla mnie było, że nikt nie przyjdzie…

 

1782110_737499696268365_765244384_nSiedliśmy więc z Ozanem przy oknie, wypełniliśmy szklanki i obserwowaliśmy kilkudziesięcioosobową kolumnę, która akurat zatrzymała pod naszymi oknami. W pewnym momencie usłyszeliśmy huk. Było to wystrzelenie puszek, wypełnionych gazem łzawiącym, który w Turcji jest dodatkowo „uzdatniany”, gdyż Turcy po tygodniach gazowań, zdążyli się już do nich przyzwyczaić i nie uciekali. Ulica opustoszała natychmiastowo, a do baru wpadł mały tłum przypadkowych przechodniów, którzy szukali schronienia.
Rzuciliśmy się do zamykania okien i drzwi, ktoś pobiegł na dół, by przechwycić załzawionych i dać im odetchnąć w naszych skromnych prograch.

 

– Zaraz poczujesz – powiedział Ozan, kiedy w moich oczach zobaczył spokój, bo przecież jesteśmy w budynku i nic nam nie grozi.
1184849_737949646223370_1001489426_nPoczułam. Drapanie w gardle, pieczenie całej skóry twarzy, łzy na policzkach, niemożność otwarcia oczu i złapania oddechu, atak kaszlu… Wszyscy wokół wyglądali jakby umierali, dusząc się głośno i krzycząc. Ktoś zaprawiony przybiegł z cytryną, którą bezceremonialnie wyciskał każdemu z nas po kolei prosto w oczy. Niesamowite, że palący kwas cytrynowy w oku był tym, który zastępując piekielne pieczenie gazu, przynosił ulgę. Tak sobie można wyobrazić jak bardzo to bolało.
Po 10 minutach można było otworzyć okna i choć smród wciąż unosił się w powietrzu – dało się odetchnąć.
W tym momencie wpadła do baru Polka, która zmierzając na nasze spotkanie została zagazowana na ulicy i zgubiła się między budynkami. Miała czerwoną twarz i przekrwione oczy, ale uśmiechała się. Nie miała pojęcia o tym, co zastanie w centrum miasta, ale wyglądała na niezbyt przejętą. Ja pewnie byłabym śmiertelnie przerażona na jej miejscu. Mamy kontakt do dzisiaj, choć znikomy (pozdrawiam Kochana, jeśli czytasz).
Takich wieczorów było kilka. Każdy kolejny przerażał coraz mniej.
Po kilku tygodniach od tego wydarzenia Ozan dostał pracę i odszedł z baru. Jego kolega próbował przejąć interes, ale że ten się nie kręcił – koleś zwinął się i chyba wyjechał z kraju. Nasze życie wróciło do normalnego porządku – spanie w nocy, czuwanie w dzień, sińce zniknęły spod moich oczu, zaczęła się wiosna. Skończyły się wszystkie szalone przygody, mój turecki przestał się poprawiać, a w centrum bywaliśmy już bardzo rzadko. I choć pewnie niejednemu z Was ciary przeszły na samą myśl w kilku miejscach – ja mam ogromny sentyment do tego okresu w moim życiu i mam nadzieję, że jak najdłużej zapamiętam wiele szczegółów barowej rzeczywistości, by móc jeszcze kiedyś opisać to gdzieś, bardziej.
 Jeśli podobał Ci się ten tekst – będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz komentarz 🙂

Komentarze

  • skylar
    18 lutego 2017

    Mi się bardzo podobał! Pięknie napisane…. w ogóle to… pisz częściej!
    Aha – ja pamiętam jak na forum stambulskim czy jakimś innym polonijnym właśnie pisałaś o barze i zapraszałaś Polaków na spotkania. Aaaa… i chyba do mnie pisałaś wtedy priv (? tak? nie?) 🙂

    • Kacper
      18 lutego 2017

      Supcio

    • Klaudia
      19 lutego 2017

      Dzień dobry 🙂 jestem Twoją wielką fanką. Uwielbiam opowieści i filmy jakimi nas rozpieszczasz. Tak trzymaj! Pozdrawiam Klaudia z Poznania 🙂
      p.s. ciągle mi mało, proszę o więcej

  • Marta
    18 lutego 2017

    Super teks 🙂 pozdrawiam !

  • Aga
    18 lutego 2017

    dzięki za dzielenie się kolejną historią/fragmentem życia. zmroził mnie fragment o cytrynie w oczach 0_0

    Pozdrawiam!

  • Konbukuntusz
    18 lutego 2017

    Wszystkie Twoje opowieści, które snujesz w ramach „Globstory” mają niesamowitą właściwość przenoszenia w przestrzeni, ale także w czasie. Zawsze czekam na nie z utęsknieniem. Jestem Ci wdzięczna za to, że chcesz się dzielić swoim doświadczeniem, przeżyciami, czasem i energią. Uwielbiam ten zakątek sieci. DZIĘKUJĘ. 🙂

  • Ola
    18 lutego 2017

    Ciekawa historia i na pewno niepowtarzalne przeżycie! Wszystkie takie niby przypadkowe historie nas tworzą i z nami zostają… Pozdrawiam!

  • Ewka
    18 lutego 2017

    Uwielbiam to i chcę więcej. 🙂 Masz ogromny talent! 🙂

  • Maja
    18 lutego 2017

    Uwielbiam czytać twoje wpisy i oglądać na youtubie. ❤ Rządzisz Kaja!

  • mamakai
    18 lutego 2017

    Jednak wszystkie Kajki to zajefajne dziewczyny 🙂 tradycyjna buźka od mojej pięciolatki. A ode mnie gratki 🙂 wspaniały tekst i jeszcze wspanialsza Ty 🙂

  • Gosia
    19 lutego 2017

    Nie tylko byłabyś genialnym lektorem, ale wyraziście opisujesz rzeczywistość i umiesz przenosić czytelnika do danych wydarzeń 🙂 Zastanawiałaś się może nad napisaniem książki o swoich przygodach w Turcji?

    • Kaja
      21 lutego 2017

      Gosia,
      bardzo bym chciała napisać książkę. Jeśli znajdę temat to na pewno go zgłębię. Na razie nie myślałam o pisaniu wspomnień 🙂

  • barbara anna
    19 lutego 2017

    Jak zawsze super! Tylko za rzadko te teksty!! Kazdy ma takie cudowne szalone okresy. Dla mnie to byly studia. Teraz zastanawiam sie czasem, jak ja w ogole to przetrwalam: codzienne imprezy, nieustajace szalone przygody – dzisiaj weekend to dla mnie wyczekany sen, a kiedys… ;D pozdrawiam!

  • Karina
    19 lutego 2017

    Podobał się 🙂

  • Dorota
    20 lutego 2017

    Interesujacy, fajny tekst, bardzo dobrze napisany. Nie znalam Twojego blogu, a wlasnie dowiedzialam sie czytajac inny. Ja ciagle naleze do tych, ktorzy Istanbul „tylko” kochaja, bo na znienawidzenie, bywam za rzadko i za krotko – co roku na maksimum miesiac.
    Od teraz bede czekala i chetnie czytala Twoje zapiski. Dzieki za przywolanie cieplych wspomnien.

  • Roksana
    21 lutego 2017

    Niesamowita historia!

  • Roksana
    21 lutego 2017

    Niesamowita historia!

  • Anka Ka
    21 lutego 2017

    Bardzo lubię Cie czytać/słuchać, nie wiem co bardziej. Czy pracowałaś kiedyś nad głosem? Jestem pod wrażeniem sposobu w jaki mówisz. Rób dalej swoje, ja jestem fanką!

    • Kaja
      21 lutego 2017

      Dziękuję, cieszę się 🙂
      Tak, pracowałam nad głosem i dykcją na studiach. Kiedyś miałam lepszą, ale nie ćwiczę już. 🙂

  • Ula
    23 lutego 2017

    Bardzo fajny tekst, który świetnie się czyta

  • Katarzyna
    23 lutego 2017

    Czytając artykuł byłam tam z Tobą✒?

  • Romek
    27 lutego 2017

    Pięknie to opisałaś. Nie znam szczegółów prowadzenia biznesu barowego ale domyślam się że jest to ciężki kawałek chleba. Doświadczenie które zdobyłaś pracując tam jest bezcenne. Będzie co opowiadać dzieciom. Często żyjemy wrażeniami myśląc że coś jest proste a rzeczywistość pokazuje zupełnie coś innego. Prowadzenie biznesu ma wiele zmiennych. Na wiele spraw nie mamy wpływu. Rozumiem Twój zachwyt tamtym czasem. Pozdrawiam Romek

  • Grzegorz
    7 marca 2017

    Podoba się

  • Monika
    13 marca 2017

    Bardzo fajnie się czyta. Przypomniały mi się czasy kiedy byłam barmanką i równie ciekawe , dziwne 😀 historie się działy. Jestem zachwycona Twoją twórczością tym co robisz i jak to opisujesz, jak o tym opowiadasz. Super!

  • Mary
    28 marca 2017

    Kaja! Los tak chciał, że za tydzień przeprowadzam się do Stambułu. Dzięki za Twoje opowieści o tym mieście, są bardzo pomocne i dodają ogromnie dużo otuchy! Nie wspominając o samej przyjemności czytania/słuchania Cię! Szkoda, że waszego baru ani Was już tam nie ma, na pewno bym wpadła 🙂

  • Wiktoria
    9 kwietnia 2017

    Hej! Ostatnio czytałam twojego starego bloga. Współczuję Ci takich przeżyć ale jak to mówiłaś, że to była ich codzienność i przywykłaś to ok ale trochę smutne. Szczęście, że już takich protestów nie ma. Ja uwielbiam to miejsce i chciałabym zwiedzić cały Stambuł. Byłam w Turcji ale tylko w Antalya. Kocham twoje opowieści i twój kanał. Pozdrawiam

  • Aleksandra Wojciechowska
    20 stycznia 2018

    Pięknie mówisz i pieknie piszesz Kaja.Z wielką przyjemnościa ogladam Twoje filmy i czytam teksty.
    Przeżycia w barze -trochę przerażające -na szczęście wszystko skończyło się dobrze.Chciałoby się powiedzieć -pięknie! I z ulgą powitac koniec tej urody…No ale przygoda była i to nie byle jaka

zostaw komentarz

LUBISZ MÓJ BLOG?

Możesz objąć kanał Globstory patronatem.

Dzięki!

@globstory

Follow Me