No weather information available
Top

Gambia na własną rękę – co musisz wiedzieć?

Gambia znajduje się w Senegalu. Dosłownie. Jest to oczywiście autonomiczny kraj, i mój skrót myślowy, ale jedyna granica oddzielająca ją ciasno od jedynego sąsiada, sprawia, że to najmniejsze państwo Afryki nie jest widoczne na Google Maps jeśli tej mapy się nie powiększy, właśnie nad Senegalem.
Gambię wybrałam, jako moją kolejną destynację, bo chciałam zaznać Afryki, tej dalszej, tej… tzw. Czarnej Afryki. A jednocześnie nie wjechać w temat z grubej rury. Niewiele wiedziałam o tym kraju przed przyjazdem, ale rejon opisywany w internecie jako „The Smiling Coast” nie może być straszny, prawda?

 

 

Jedź bez wizy (stan na rok 2018)

 

Mimo tego, że znajdziesz w Internecie (na stronie Konsulatu) informację o tym, że wiza jest wymagana – nie jest to prawdą. Owszem, możesz wyrobić sobie taką wizę, ale pogranicznik nie będzie szukać jej w Twoim paszporcie, tylko wbije pieczątkę wjazdową na pierwszej wolnej stronie, która mu się otworzy.
Nie byłam wyjątkiem, któremu się udało, bo wiem, że każdy przybysz z Polski, z którymi rozmawiałam – ma podobne doświadczenia. Ja wizę wyrobiłam, z braku wiarygodnego źródła informacji, na wszelki wypadek. I tym sposobem szczuplejsza o 250 zł i jedną całą, cenną stronę w paszporcie, niczym prymus w szkole – nadgorliwie, wizę miałam. Ale nie potrzeba. Nie ma oficjalnego, formalnego wymogu posiadania wizy wjazdowej – Welcome to Gambia.

 

„Welcome to the Smiling Coast”

 

Gambia jest krajem z jednym z najniższych wskaźników przestępczości, chyba najbezpieczniejszym krajem, jaki odwiedziłam. Z pewnością sprzyja temu fakt, że jest to kraj maleńki i zwyczajnie „wszyscy się znają”. Z tym „wszyscy” oczywiście przesadzam, ale klimat prowincjonalnej bliskości wyczuwalny jest tu na każdym kroku, a grupa etniczna Mandinka, stanowiąca większość społeczeństwa Gambijczyków znana jest z pacyfistycznej, pozbawionej agresji, natury.
Gdy na lotnisku pracownik kantoru pomylił się w przeliczeniach na swoją korzyść, odnalazł mnie później przy stoisku z kartami SIM, by te pomylone 5 euro trafilo do mojej kieszeni. Mimo, że nie zauważyłam,  mimo że wzięłam co moje i odeszłam, mimo, że jest ogromna bieda i te 5 euro znaczy bardzo dużo – to nie jest styl dorabiania się w Gambii.
„The Smiling Coast” czyli Uśmiechnięte Wybrzeże nie jest miejscem pozbawionych trosk. Zawsze należy się troszczyć o własne bezpieczeństwo, ale w Gambii nie ma potrzeby czuć nieuzasadnionego stresu.

 

 

W Gambii niczego nie ma.

 

Kontrowersyjne stwierdzenie. Wiem. Ale nie jest to kraj dla każdego.  Nie ma tu cudów natury czy zapierających dech w piersiach widoków. Jest płasko więc krajobrazy też nie powalają, bo wystarczy parę drzew i już jest zasłonka. Nie ma atrakcji turystycznych, poza np. Oswojonymi (przekarmionymi) krokodylami, które dają się głaskać, bo nie mają nawet siły zaprotestować. Gdybym miała wydać kilka tysięcy złotych na wakacje all inclusive – pewnie rozważyłabym inne, bardziej malownicze kierunki.
Ale Ci, którzy mnie obserwują, chyba przyzwyczaili się już, że ja zawsze z utartych szlaków chcę zejść jak najszybciej. Gambia jest cała poza szlakiem. Jeśli szukasz autentyczności, bliskości z drugim człowiekiem, nieśpiesznego poobcowania z ziomeczkami spod płota, połażenia po plaży i pozbierania muszelek i nie straszne są Ci nie wygody – this is it!
Gambia jest jeszcze nieskażona wielką turystyką komercyjną, a Ci którzy organizują wycieczki – zabiorą Cię w busz pod namiot lub zaproponują inną formę surwiwalowej przygody, w lokacji, w której nie ma łączności komórkowej. Czyli ekstremalne warunki 2018 🙂. Albo zabiorą Cię do domu zaprzyjaźnionej rodzinki, celem wspólnego gotowania. Autentycznie, prawdziwie, bez turystycznej szopki.
Piszę o tym w ten sposób, by uprzedzić wszystkich, że Afryka jest bardzo różnorodna. I zdjęcia z Zanzibaru na Instagramie – nijak mają się do tego, jak jest w Gambii. Tam nic nie ma – i to jest super!
Jeśli sprawia Ci przyjemność błądzenie bez celu po małym mieście – jesteś prawdopodobnie typem, który doceni Gambię.

 

All inclusive a la Gambia

 

„Przecież tam jest ocean! Jest plaża! Tylko tyle, plus dobre jedzenie, jest mi potrzebne latem do szczęscia! A Gambia jest tania, więc – IDEALNIE.”
Weź głęboki oddech i jeszcze raz przemyśl ten kierunek. Każdy lubi podróżować inaczej i różne są oczekiwania dotyczące wymarzone urlopu. Jeśli cenisz luksus, wygodę, beztroski wypoczynek – Gambia może rozczarować.
Infrastruktura turystyczna rozwija się tu powoli i jeszcze nie osiągnęła standardu, który europejscy turyści mogliby uznać, za tak dobry, że aż nierozpraszający.
Tymczasem nie sposób pominąć, nawet w doskonałych hotelach: dziurawych moskitier, zepsutych klimatyzacji, brakujących żarówek, jedzenia mocno średniej jakości, niedomykających się drzwi, problemu z zapłaceniem kartą, itd…
Gambia się stara. Bardzo się stara. Dla jednego nie będzie problemu, innemu popsuje to wypoczynek. Choć all inclusive jest ostatnim typem podróży, jaki sama bym wybrała – uprzedzam uprzejmie Czytelników o innych preferencjach.

 

 

Szczepienia

 

Szczepionka przeciwko żółtej febrze – jedyna szczepionka WYMAGANA przy wjeździe do Gambii. Na granicy wjazdowej, wraz z paszportem – trzeba przedstawić żółtą książeczkę szczepień, z aktualnym szczepieniem na tę chorobę. Reszta szczepień jest opcjonalna… Sam decydujesz czy potrzebujesz, czy nie.
Jeśli jest to Twój pierwszy raz w temacie szczepionek.
Nie da się zaszczepić przeciwko chorobom tropikalnym u internisty i „normalnej” pielęgniarki. Aby to zrobić trzeba udać się do placówki, w której przyjmuje lekarz medycyny podróży (może to być prywatna placówka, lub np. Szpital Zakaźny w Warszawie. Ja, z racji tego, że cholernie długo czeka się na terminy w sezonie, w Szpitalu – poszłam do prywatnej placówki Medellan).
Zarówno w państwowej, jak i prywatnej placówce, za wizytę u lekarza medycyny podróży – SIĘ PŁACI, nie ma refundacji ani na konsultację, ani na szczepionki. I nie są to niestety tanie rzeczy.
Jadąc do Azji zrobiłam sobie tylko kilka podstawowych szczepień, ale już przed Gambią – postanowiłam, że nie warto ryzykować i oszczędzać na zdrowiu. Całość to koszt około 2 000 zł. Boli… Ale pewnie mniej niż żółtaczka.
Szczepionki są różne, jedne trzeba przyjąć w kilku dawkach, inne w jednej, informacje szczegółowe są do znalezienia w sieci.

Absolutne minimum to moim zdaniem szczepienia przeciwko:

– Wirusowe zapalenie wątroby typu A (żółtaczka wywołana spożyciem zakażonej wody, lub żywności)
– Wirusowe zapalenie wątroby typu B (żółtaczka, na którą warto zaszczepić się również „tak po prostu”, bo można się nią zarazić również np.w polskim szpitalu)
– Dur brzuszny

Inne, które zrobiłam to:
– Błonnica
– Odra
– Wścieklizna
– Choroba meningokokowa

Jeśli potrzebujesz dodatkowych informacji – zajrzyj np. TU.

 

 

Malaria

 

Nie ma skutecznej szczepionki, która chroniłaby przed wszystkimi typami malarii. Najskuteczniejszą metodą jest wciąż profilaktyka – czyli ochrona przed ukąszeniami komarów, których w Gambii jest od groma! Kraj ten jest położony w rejonie największego ryzyka zakażenia malarią, więc jeśli w Azji Płd-Wsch Ci się udało – tu należy zachować szczególną ostrożność i nie robić sobie jaj.
Ubrania z długim rękawem (przewiewne, bo gorąco) to mus, noszenie ich o poranku i po zmroku – wciąż są najlepszą i najmniej inwazyjną metodą uchronienia się przed chorobą. Ponadto – moskitiera! Moskitiera turystyczna jest do kupienia za grosze niemal w każdym sklepie podróżniczym oraz w internecie. I nie ma co polegać, zwłaszcza w Gambii, na tym, że hotel takową nad łóżkiem zapewnił.  Te moskitiery często są dziurawe, polepione, nieszczelne i niskiej jakości – zawsze używałam własnej, owijając ją dokładnie na spodzie materaca. Komary są niezwykle sprytne i tylko szczęście sprawiło, że po jednej z nocy, gdy nie dopatrzyłam luki w konstrukcji – nie padłam ofiarą akurat zarażonego jegomościa. Dodatkowo moskitiera chroni przed innymi owadami, takimi jak karaluchy, które zobaczycie nawet w hotelach o najwyższym standardzie. I znów, tylko dokładnie zamontowana moskitiera – zapewnia ochronę, bo te cholery, z kolei, przeciskają się przez wszystko, i jeden, na jedną noc, ze mną w tej moskitierze zamieszkał. Na szczęście nie gryzą, nie przenoszą chorób, a ich jedyny grzech to brzydota…

Jeśli należycie do mojego teamu – teamu ludzi, działających na komary jak afrodyzjak – polecam zastosowanie cięższej artylerii. Specjalnego środka przeciw komarom, zawierającym DEET (np. Mugga). Nie jest to jednak zwykły spray-perfumki. To środek, który NIE JEST obojętny dla zdrowia. Trzeba go stosować zgodnie z zaleceniem na opakowaniu, dokładnie go z siebie zmywać, nie łączyć z innymi środkami i nie aplikować kilka razy w ciągu dnia, bo „wyżre Wam skórę”. Nie będę Was zanudzać medycznymi terminami, przy których sama łamię sobie język – jeśli chcecie zgłębić temat i poszukać informacji na własną rękę – Google służy pomocą. Ja tylko zademonstruję mój dekolt (screen z filmu) i dodam, że spryszczyło mnie również na plecach.

Są środki, które DEET nie zawierają, nie miałam okazji sprawdzić ich skuteczności. Jeśli znasz jakiś, wart polecenia, działający na komary z rejonów tropikalnych – chętnie przygarnę. Ale już po Azji Płd Wschodniej wiem, że olejek cytrynowy, witamina B12 i jedzenie czosnku – NIE DZIAŁA. Przynajmniej w moim przypadku.

Cóż, zawsze można zmienić plany i pojechać do Szwecji 😀

 

Internet

 

Po przylocie, na lotnisku, polecam zaopatrzyć się w lokalną kartę SIM, zakupić parę giga danych i nie liczyć na WIFI. Poza hotelami nie podłączycie się nigdzie, a te hotelowe to często prędkość Neostrady z lat 90tych. Choć zdarzyły mi się też miłe zaskoczenia.
Jeśli nie planujecie wypraw do głębokiego buszu, posiadając „własny internet” nie będzie wielkiego problemu z łącznością, choć nie jest to LTE. Wrzucenie fotki na Insta, kontakt z rodziną – te rzeczy nie sprawią Wam kłopotu, gdy będziecie w mieście. Na prowincji bywa z tym różnie, Internet potrafi skapywać godzinami, ale przecież nie po to się tam jedzie, by robić streaming live, prawda? 🙂

 

Wynajem auta i transport

 

Są gdzieś/jakieś wypożyczalnie aut i wiem, że są ludzie, którzy taki środek transportu wybrali. Natomiast nie zarezerwujecie go wcześniej, przed przylotem, nie będzie on w dobrym stanie i w przypadku kolizji – może to być zabawa bardzo kosztowna.  Ja zrezygnowałam z tego pomysłu, choć bardzo zależało mi na mobilności. Straszono mnie np. checkpointami policyjnymi, korupcją i szeregiem innych problemów…
Dobra wiadomość jest taka, że taksówki są dostępne, a ich cena nie boli AŻ TAK BARDZO (choć ich stan to – level dezel).  Z taksówkarzami można się targować i nawet jeśli w mieście zapłacicie około 100 dalasi za 4km – to w przypadku drogi przez pół kraju, z miasta do miasta – przelicznik będzie niższy.

ZAWSZE trzeba wcześniej ustalić cenę i ZAWSZE dostaniecie ją wyższą na wejściu, niż miejscowi. Oczywiście.
Negocjując cenę warto jednak pamiętać, że zyski taksówkarzy wcale nie są wysokie… Paliwo kosztuje tam tyle co w Polsce, a średnie zarobki to ok. 150 zł miesięcznie… Dla nas, białych z Europy, nawet studentów, 5 zł w tę czy w tę nie robi dużej różnicy, ale dla takiego Pana Kierowcy to ciepły posiłek dla całej jego rodziny. Apeluję więc o odrobinę empatii i pomoc naszym braciom i siostrom z drugiego końca świata.
Jeśli natomiast jesteś „on the budget” – istnieje GILI GILI – lokalna marszrutka. Czyli bus, który wypłenia się po brzegi pasażerami i jedzie. Koszt jest pomijalny, sprawa groszowa nawet przy długich dystansach, ale odnotowania wymaga fakt, że jedzie się w ścisku, nie tylko wśród ludzi, ale często np. Kur i kóz.
Łapie się je na dworcach lub po prostu przy drodze. W każdym aucie jest dodatkowy ziomek, który stoi w drzwiach podczas jazdy i wykrzykuje kierunek, w którym jadą. Nie sposób przeoczyć.
Nie ma czegoś takiego jak godziny odjazdu, jak jest – to jest.
Chociaż busy te są w stanie agonalnym, rdza przeżera tam każdy skrawek blachy – jest w nich … ekhm względnie czysto. Gambijczycy są również lepiej przystosowani do upałów niż my więc współpasażerowie to najleprzyjemniejszy element tej układanki, if you know what i mean 🙂
Powiem krótko – JESTT LEPIEJ niż wygląda to z zewnątrz i z opowieści… Gili gili to przygoda sama w sobie i każdemu szczerze ją polecam.

 

Waluta w Gambii – Dalasi

 

Kurs, wiadomo – sprawa zmienna, a nie wiem kiedy to czytacie.
Nie do kupienia w Polsce.
Pieniądze można wymienić na lotnisku – całkiem niezły kurs, porównywalny do tego „na mieście”, na pewno lepszy niż w hotelach, które są moim zdaniem OSTATNIM miejscem, do którego warto udać się na wymianę. I tylko w desperacji.
Najlepiej zabrać dolary amerykańskie lub euro. Jak wszędzie.
Chociaż w hotelach można płacić walutami świata zachodniego – przelicznik będzie bolesny więc zachęcam do wymiany większości kasy właśnie tuż po przylocie.

 

Jest caaaaaała masa rzeczy, o których mogłabym tu jeszcze napisać. To miał być krótki, zajawiający post, a popłynęłam z tematem. Zawęziłam go jednak do tego co warto wiedzieć PRZED wyjazdem, i do rzeczy moim zdaniem NAJWAŻNIEJSZYCH.
Jeśli macie pytania lub sugestie dotyczące zawartości tego posta – dajcie znać w komentarzach 🙂 Zawsze mogę dopisać.
Powodzenia i szerokości!

 

Tekst powstał na bazie doświadczeń z mojej wyprawy do Gambii w pojedynkę, w listopadzie 2018 roku, wspieranej przez KAYAK i akcję #KAYAKTravelPro.

Komentarze

  • Maja
    11 lutego 2019

    Hah, nawet jak Cię czytam z ekranu, to odtwarzam to sobie w myślach Twoim głosem 😉

  • Łukasz
    14 lutego 2019

    O, to malarycznego komara da się jakoś rozpoznać? 😮 Może więc nie muszę się tak stresować wszystkimi? 😀

zostaw komentarz

LUBISZ MÓJ BLOG?

Możesz objąć kanał Globstory patronatem.

Dzięki!

@globstory

Follow Me